- Sprawiam kłopot. Przepraszam. Muszę kończyć.

Bezwiednie ruszył w stronę brzóz, wśród których rano stracił ją z oczu.
Tammy podjęła decyzję.
Mark uśmiechnął się, odstawił filiżankę po kawie, pod¬niósł się zza stołu i podszedł do Tammy, by odsunąć jej krzesło. Znowu nie wiedziała, jak się zachować. Nikt nigdy nie odsuwał jej krzesła, bo i po co? Skoro łazi po drzewach, to chyba potrafi bez pomocy wstać od stołu?
Rozejrzał się dookoła z niekłamanym zachwytem i zrozu¬miał, że zaczyna patrzeć na świat oczami Tammy.
Pijak nie odpowiedział. Wyciągnął rękę po kolejną pełną butelkę, lecz zatrzymał ją w połowie drogi, a potem ją
Róża na chwilę zamilkła i rozmyślała. Mały Książę pojął, że to, co Róża opowie, będzie czymś nowym i
- Tak, to wspaniałe dziecko - przytaknął Mark, nie kry¬jąc dumy, co dziennikarze skwapliwie wykorzystali, robiąc kolejną serię zdjęć.
Zapadła cisza. Mark nadal nie wychodził z pokoju, tylko wpatrywał się w Tammy tak dziwnym wzrokiem, że aż za¬częła się rumienić. Spuściła oczy. Bezpieczniej było patrzeć na swoje bose stopy i wystrzępione nogawki dżinsów. Mil¬czenie zdawało się ciągnąć w nieskończoność.
- Pięć miliardów osiemnaście milionów dziewięćset sześćdziesiąt siedem tysięcy osiemset dwadzieścia cztery plus
Z całą pewnością tak, świadczył o tym tamten pocałunek. Odpowiedziała na jego pieszczotę, a jemu prawie odjęło ro¬zum z pożądania... Jęknął na samo wspomnienie.
Ta świadomość odmieniała wszystko.
Jasny punkt uśmiechnął się słodko, a Markowi zrobiło się dziwnie ciepło na sercu. Może powinien przemyśleć wszystko na nowo? Zwłaszcza sprawy związane z uczu¬ciami?
południu brałeś prysznic. Zaraz po tym, jak twój brat został śmiertelnie postrzelony w głowę. - Spojrzał twardo na Chrisa. - Wychodziłeś z domu w niedzielę? Chris wpatrywał się w Becka, a potem spuścił wzrok z westchnieniem. Uniósł ręce w geście poddania. - Przyznaję się do winy. Beck poczuł na piersi stutonowy ciężar, lecz mimo to zadał sobie wiele trudu, aby zachowywać się i mówić spokojnie. - Gdzie byłeś i dlaczego musiałeś wziąć prysznic i zmienić ubranie, zanim przyszedłem do was z wizytą? - Pamiętasz ten inkryminujący dowód rzeczowy na sukience Moniki Lewinsky? - Chris rozłożył szeroko ręce i uśmiechnął się konfidencjonalnie. - Przyłapany bez prezerwatywy, uwierzysz? W moim wieku! Musiałem z niej wyjść, zanim doszedłem. - Z kogo? - Z Lili. Wiedziałem, że George gra w golfa z Huffem, więc wpadłem do niej po porcję popołudniowej rozkoszy. - Do diaska, dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Dlaczego nie przyznałeś się podczas pierwszego przesłuchania, z kim byłeś? Lila jest twoim alibi. - Szeryf na pewno ucieszy się z tego powodu. Upłynęło kilka minut, zanim Beck skojarzył fakty. - O cholera - jęknął. - No właśnie. Lila jest córką jego siostry. Nie zabiłem swojego brata, ponieważ w tym czasie odwiedzałem siostrzenicę Rudego. Wolałem mu tego nie mówić, chociaż w chwili obecnej nie pałam do niego nadmierną miłością. - Jeżeli będziesz zmuszony do dostarczenia alibi, czy Lila zechce zeznawać na twoją korzyść? - Wolałbym jej w to nie mieszać - skrzywił się Chris. - Nie dosyć, że jest siostrzenicą Rudego, to wcale nie jestem pewien, czy naraziłaby na szwank swoje małżeństwo z George'em, przyznając się do romansu. Nieustannie się z niego naigrawa, ale George rozpuścił ją jak dziadowski bicz. Kupuje wszystko, czego ona tylko zapragnie. Jest w niej kompletnie zadurzony i jak długo od czasu do czasu Lila mu daje, oboje są zadowoleni. Najprawdopodobniej skłamałaby, pragnąc ochronić piernaty, na których spoczywa. - Byłeś z nią przez całe dwie godziny? - Szczerze mówiąc, nie patrzyłem na zegarek, ale to by się mniej więcej zgadzało. - Czy ktoś widział cię w ich domu? - Oboje zadajemy sobie wiele trudu, aby się tak nie stało. - W porządku. Będziemy trzymać Lilę w odwodzie. Użyjemy jej zeznań tylko w ostateczności. - To nie będzie konieczne - powiedział Chris. - Nie mają na mnie nic oprócz kilku poszlak. Ponieważ już raz stanąłem przed sądem oskarżony o morderstwo, wiem z doświadczenia, że to nie wystarczy. - Tym razem jest inaczej, Chris. Tym razem mają ciało. - No tak, ciało. Staram się o tym nie myśleć. Cieszę się, że Rudy potrafił zidentyfikować Danny'ego bez potrzeby angażowania nas w tę sprawę. Widziałeś, jak wyglądał w środku domek rybacki. Nieźle nabrudzone, prawda? - Dlatego właśnie chcieli przyjrzeć się twojemu ubraniu. Zabójca zostałby spryskany... - Beck, wystarczy, dobrze? - Powstrzymaj mdłości, Chris. Jeżeli dojdzie do procesu, pokażą na nim fotografie z miejsca przestępstwa.
Pani Burchett osłupiała.

- W porządku. - Santos skinął głową.

słowami...
- Chyba nie mówisz o sobie? - Przyjrzał się jej uważ¬nie. - Nie mogłaś być zwyczajna, nawet jak miałaś trzy lat¬ka. - Odwrócił się do ogrodnika i spytał po francusku: - Co o niej myślisz, Ottonie? Czy ona nie jest wspaniała?
Nie umiał sobie z tym wszystkim poradzić. Nie miał do¬świadczenia z kobietami, które noszą piły łańcuchowe i chodzą po drzewach. Z kobietami, które zostawiają księcia z mokrymi pieluchami niemowlaka. Z kobietami, które po¬wodują, że człowiek częściej się uśmiecha.

- Nic więcej nie potrzebuję.

- Hm. Już by mi się udało, gdyby cokolwiek z tego było prawdą.
Nigdy nie pragnął kobiety od pierwszego wejrzenia, nigdy nie przeżywał podobnych fantazji, nie podniecał się od samego patrzenia. A dziś wystarczyło, że ją zobaczył w prostej czarnej sukni z pertami na szyi, by zacząć się zastanawiać, co kryje pod tym strojem. Odczuwał przyjemność, słysząc szelest jedwabiu, który ją okrywał. Wyobrażał sobie, jak wyglądałaby z rozpuszczonymi włosami. Podobał mu się nawet sposób, w jaki piła szampana, wzrok, jakim spoglądała w jego kierunku, nie kryjąc zainteresowania. Teraz już wiedział, jak wygląda naga i jak smakuje je] skóra.
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY PIĄTY

stronę rzędu domków stojących nad jeziorkiem. - Calvin McGraw mieszka w trzeciej willi z brzegu. Dziś rano zgodził się na rozmowę ze mną. Właściwie dopóki tu nie przybyłam, dziwiłam się, że nie miał nic przeciwko spotkaniu. Poruszył mnie jego wygląd. Od kiedy widziałam go po raz ostatni, bardzo się postarzał. - Wiek odbija się niekorzystnie na aparycji. - Myślę, że postarzał się najbardziej przez ostatnie trzy lata, od kiedy przekupił ławę przysięgłych, żeby Chrisa uwolniono od podejrzeń. Zżera go poczucie winy. - Przyznał to? - Owszem, Beck, zrobił to. Była to jego ostatnia wielka sprawa dla Hoyle Enterprises. Zatrudnił się wkrótce po tym, jak Huff przejął schedę po moim dziadku. Robił dla Huffa i przedsiębiorstwa dokładnie to, co ty teraz. Ostatnim zleceniem, jakie wykonał, zanim Huff wymienił go na kogoś młodszego i... - Jeszcze bardziej pozbawionego skrupułów? - Chciałam powiedzieć, bystrzejszego. Zmarszczył brwi sceptycznie, ale gestem poprosił, by mówiła dalej. - Po wyselekcjonowaniu ławników McGraw zajął się szukaniem ich czułych miejsc. - Na przykład opóźnionego w rozwoju syna. - Właśnie. - Spojrzała na kort tenisowy, gdzie dwie pary rozgrywały właśnie mecz, bez zbytniego entuzjazmu. - Bardzo to sprytne z twojej strony zapytać, czy poczułam się lepiej po rozmowie z tymi ludźmi. Pomimo najszczerszych zamiarów czuję się okropnie, zwłaszcza po wizycie u pani Foster. Nie winię jej, że skorzystała z okazji, by nieco polepszyć standard życia, nawet czymś tak bezsensownym jak telewizor. W jej sytuacji zrobiłabym to samo. Pani Foster nie działała z pobudek egoistycznych. Zrobiła to dla syna, którego kocha. - Spojrzała na Becka, a jej smutny uśmiech zmienił się w grymas obrzydzenia. - Calvin McGraw natomiast wykonywał za Huffa całą brudną robotę z najbardziej egoistycznych pobudek pod słońcem. Nie było w tym ani krzty szlachetności. Opuścił firmę Huffa ustawiony finansowo na całe życie. Mógł sobie pozwolić na zamieszkanie na takim osiedlu, jak to. Tyle że przeszłość nie daje mu spokoju. Ucieszył się, że może zrzucić ciężar z serca. W porannej rozmowie ze mną przyznał się do wszystkiego. Beck spoglądał na nią przez chwilę, a potem sięgnął do klamki. - Dobrze, wysłuchajmy tego, co ma do powiedzenia pan McGraw. Powędrowali ścieżką wzdłuż brzegu jeziora. Okna na pierwszym piętrze domu McGrawa udekorowane były żelaznymi kratami, wykutymi na wzór balkonów w Dzielnicy Francuskiej. Zdaniem Sayre, niezbyt udanie. Nacisnęła dzwonek i spojrzała w judasza. Drzwi otworzyła ta sama pielęgniarka, która przywitała ją tutaj dziś rano. Miała na sobie sztywny biały uniform i kwaśną minę. Rano rozpływała się w uśmiechach. Sayre nie mogła pojąć tej nagłej zmiany nastroju. - Witam znowu. - Dziś rano nie powiedziała mi pani, kim jest - odparła oskarżycielsko. - Przedstawiłam się z imienia i nazwiska. W odpowiedzi pielęgniarka burknęła coś z dezaprobatą. Świadoma tego, że Beck obserwuje rozgrywającą się scenkę, Sayre zebrała się w sobie. - Jak wspominałam przy pożegnaniu, chciałam przyprowadzić kogoś, kto życzyłby sobie porozmawiać z panem McGrawem. Czy możemy się z nim zobaczyć? - Tak, proszę pani - odpowiedziała sztywno pielęgniarka i cofnęła się, wpuszczając ich do domu. - Pan McGraw siedzi na werandzie, tak jak dzisiejszego poranka.

nie była już tego pewna.
- Popytam w hotelu. Może ktoś mi coś
- To ty w coś grasz, nie ja. Dlaczego? Dlaczego udajesz?